West Pomerania Bike Tour 2.0. Dzień 9.

Dziewięć dni, setki kilometrów, R10 od Białego Boru do Białego Boru. Ostatni dzień sprawdza, czy plan przetrwa zdechłą baterię i zburzony dworzec.

O nie! Bateria do Rocinante nie jest naładowana! I co my teraz zrobimy?!

Słowo wyjaśnienia. Roci, bo tak na niego mówimy, to nowe imię roweru Anki. Na początku wyprawy był Vuko — inspiracja Panem Lodowego Ogrodu. Ale Ance to imię nie pasowało. Długo szukaliśmy czegoś lepszego. W końcu padło na Rocinante, nawiązanie do statku kosmicznego z serialu The Expanse. Pasuje idealnie — ciągnie tony bagażu przez nieznane terytoria i nigdy się nie poddaje.

Ale wróćmy do tej baterii. Budzimy się dość wcześnie, bo to nasz ostatni dzień jazdy. Plan jest ambitny: dojechać do Słupska (około 70 km), wsiąść do pociągu i przejechać kolejne 70+ km do Białego Boru, zapakować się na Ori i wrócić do domu.

Śniadanie w Srebrnej Wydmie jest dopiero o 8:30. Najpóźniej ze wszystkich hoteli, w których spaliśmy. Jak na złość wtedy, gdy nam zależy na wcześniejszym wyruszeniu w trasę, musimy czekać na śniadanie.
Wykorzystujemy poranek na pakowanie rzeczy. Ostatni raz. Ilość rzeczy, które aż krzyczą o pranie, jest zastraszająca. Anka już liczy, ile będzie musiała robić prań, jak wrócimy.

Patrzę na torbę The Blue Tree, w której nosimy baterie, a tam bateria Anki leży sobie spokojnie, jakby nigdy nic. „Czy naładowałaś baterię?" — pytam z lekkim niepokojem. „No tak, oczywiście, pamiętam nawet, jak pakowałam ładowarkę" — odpowiada Anka. Lekko uspokojony mówię, że może warto ją sprawdzić. Podłączamy ją do gniazdka, a tam… pusto. Ledwo miga jedna dioda. No to mamy zgrzyt. I co teraz?

Chwila paniki. Trybiki w głowie rozpędzają się jak kolarz Giro d'Italia zjeżdżający z Mortirolo. Opcje, warianty, koszty, czas, opóźnienie. Włączamy tryb awaryjny turbo max i główkujemy.

Ostatecznie pada na to, że jadę sam. Anka zostanie w hotelu na cztery godziny, żeby jej bateria się naładowała. Potem też wyruszy. Ja w tym czasie dojadę do Słupska i dalej pociągiem do Białego Boru. Wezmę Ori i przyjadę po Ankę do Słupska. Plan ma sens i nie jest zbyt wymagający. Tyle że Anka jeszcze nigdy sama tak daleko nie jechała.

Wysyłam jej trasę na Komoot i umawiamy się, że będziemy się monitorować co jakiś czas telefonicznie.

R10 zachwyca, jak każdego dnia. Tym razem wiedzie między morzem a jeziorem Kopań, potem przejeżdża przez malowniczy Jarosławiec, by zawinąć się wzdłuż jeziora Wicko. Nie dojeżdżamy do samej Ustki. W Daninowie odbijamy na Słupsk. Przez chwilę trzeba jechać razem z samochodami. Albo zgubiłem szlak, albo zabrakło kasy na stworzenie bezpiecznej ścieżki.

Na szczęście po kilku kilometrach, w Gałęzinowie, R10 wraca z super nowoczesną asfaltową ścieżką. Odtąd wiatr działa na naszą rzecz. Mogę rozwinąć niezłą prędkość, nawet 31–33 km/h. Wzbudzam tym niemałą sensację, gdy wyprzedzam rowerzystów na kolarzówkach, obładowany sakwami ze wszystkich stron.

Do dworca kolejowego w Słupsku docieram trochę po 13:00. Tyle że dworca nie ma. Jest jeden wielki plac budowy. Korzystam z pomocy lokalsów i trafiam w końcu na tymczasowy dworzec PKP. Jeden mały pokój. Jedno okienko z biletami.

„Nie, z rowerem do Białego Boru się nie da" — słyszę na początek. No, nieźle. Ten dzień ma dla nas same „miłe" niespodzianki.

Na szczęście okazuje się, że da się pojechać rowerem do Białego Boru, ale nie ze Słupska. Przez ten plac budowy pociągi odjeżdżają z Kobylnicy. „A gdzie ta Kobylnica?" — pytam panią po dziesięciu minutach rozmowy. „Kilka kilometrów stąd" — odpowiada. „Jak się pan pośpieszy, to złapie pan pociąg o 14:00."

No to pędzę jak wiatr tramontana. GPS mi się zawiesił w telefonie. Muszę pytać ludzi o drogę. Wybieram mamy z dziećmi i babcie, bo faceci mówią tylko: „Nie jestem stąd."

W końcu docieram na stację. Uff. Jest jeszcze czas. Mój pociąg będzie stąd odjeżdżał za 20 minut.

Lubię podróżować pociągiem z rowerem. Szczególnie na tych regionalnych liniach, które zatrzymują się na każdej stacji. Jest mnóstwo miejsca na rowery, pociąg jedzie wolniej, można się przyjrzeć okolicy. Jest też okazja do rozmów z innymi podróżnymi.

Po godzinie docieram do Białego Boru. Z jakichś niewyjaśnionych powodów dworzec kolejowy jest oddalony ponad 2 kilometry od miasta. Zasuwam więc ten ostatni kawałek z poczuciem, że to już ostatnie kilometry naszej wyprawy.

Ori grzecznie na mnie czeka. Pakuję Ellie i siebie i jedziemy ratować Ankę.
Anka świetnie sobie poradziła. Poczekała do 11:30 w hotelu, a potem popruła moim śladem do Słupska. Trochę po 15:00 była już na miejscu.

Ja dojechałem około 17:00. Mimo wpadki z baterią ten dzień jeszcze ma szansę zakończyć się zgodnie z planem — naszym powrotem do domu.
Teraz idziemy celebrować zakończenie wyprawy. Anka znajduje dla nas znakomitą restaurację Hokus-Pokus. Czas na pierwsze wrażenia, podsumowania, rankingi, zestawienia: „A który dzień był najfajniejszy?", „A który hotel był najlepszy?", „A gdzie było najlepsze śniadanie?"

Najedzeni do syta — Anka nawet zmieściła sernik pistacjowy — pakujemy jej rower na Ori i jedziemy do Warszawy.

Docieramy do domu na pięć minut przed północą. Plan zrealizowany! Wróciliśmy w sobotę!

ZDJĘCIA

Kilka fotek z wycieczki. 

VIDEO

Jest też film z tej wycieczki