West Pomerania Bike Tour 2.0. Dzień 1.
Majówka, 80+ kilometrów, droga pożarowa nr 5 i smażony halibut na papierowym talerzu. West Pomerania Bike Tour wraca — tym razem z Anką na pokładzie..
Majówka 2023. Jadę z Mateuszem na wyprawę wokół województwa zachodniopomorskiego. To była piękna wyprawa. Pełna przygód i pięknych widoków.
Od tego czasu minęły wieki — tak mi się przynajmniej wydaje.
Dlatego postanowiłem odświeżyć pamięć i pojechać tam jeszcze raz. Tym razem moim towarzyszem, a raczej towarzyszką, jest Ania. To będzie jej pierwsza taka długa — dziesięciodniowa wyprawa rowerowa.
Start oczywiście z Białego Boru. To małe miasteczko leży na trasie rowerowej Pomorze Zachodnie. Jest do niego w miarę łatwy dostęp z Warszawy. Po pięciu godzinach jazdy, głównie nowymi autostradami i drogami szybkiego ruchu, jesteśmy na miejscu. Wyjechaliśmy wcześnie. O piątej rano. Mieliśmy tego dnia zrobić ponad 80 km.
Anka założyła osłonki na oczy, zawinęła poduszkę wokół szyi, przykryła się kocem i poszła spać na dobre dwie godziny. Dzięki temu wyspana i gotowa na swoją epicką wyprawę.
Sporo czasu zajmuje nam rozpakowywanie i przygotowanie rowerów. Jeszcze więcej czasu zajmuje nam fotka z napisem Biały Bór. Ja i Mateusz mamy taką z 2023 roku. Upewniamy się, że zdjęcie wyszło, i ruszamy.
Zachodniopomorskie to, moim zdaniem, jak na razie najlepiej przygotowane województwo, jeśli chodzi o infrastrukturę rowerową. Przez cały dzień jedziemy głównie dedykowanymi ścieżkami rowerowymi, jedynie czasami i na krótko dzieląc drogę z samochodami. A nawet wtedy to są raczej rzadko uczęszczane drogi. Jest bezpiecznie.
Jest też pięknie. Wiosna się tu jeszcze budzi. Na drzewach pojawiają się te żarówiastozielone listki. Jest pełno kwiatów w ogrodach i na drzewach. Teren jest pofalowany, czasami wjeżdżamy na małe wzniesienie i przed nami rozciąga się cudna panorama.
Nasze oczy odpoczywają. Zieleń lasu, błękit nieba — mamy wręcz wymarzoną pogodę. Jest słonecznie i ciepło. Idealnie na rower. Wiatr tylko trochę przeszkadza. Według prognozy miał wiać nam w plecy, ale, jak to bywa z prognozami, coś nie wyszło. Walczymy z nim od połowy dnia. Ratują nas kawałki, gdy jedziemy głębokim lasem.
W tym temacie muszę zapamiętać: droga pożarowa nr 5 i zjazd nad jezioro Dołgie Wielkie blisko Czaplinka. Mega trasa. Banan nie schodzi nam z twarzy. Aż szkoda, że przejedziemy ją tylko raz tego dnia. Chciałoby się wrócić na początek i zacząć od nowa.
Nie, jedziemy dalej. Nasza dzisiejsza kwatera to piękny Pałac w Siemczynie.
Ale trzeba jeszcze coś zjeść. Mój nos włącza tryb skanowania i wyszukujemy mały bar w Czaplinku. Pachnie smażoną morską rybą. Znacie ten zapach. I ten dźwięk gorącego oleju, który właśnie smaży pysznego sandacza, dorsza czy halibuta.
Nasz wybór pada na halibuta. Chwilę czekamy na nasze dania. Ślina nam cieknie, bo już jesteśmy bardzo głodni. Jest czwarta godzina. Mamy za sobą już 80+ kilometrów. W końcu dostajemy te legendarne papierowe talerze i olbrzymie kawałki smażonej ryby, górę frytek i nawet całkiem niezły zestaw sałatek. Mniam.
Najedzeni ruszamy dalej. Przed nami ostatni krótki kawałek do hotelu. Wiatr mocno nam się daje we znaki. Musimy ten kawałek drogi pokonać razem z samochodami. Anka znalazła jakąś inną trasę, ale jadę za daleko od niej i nie słyszę, jak mnie nawołuje. Na szczęście to tylko 7 km.
Hotel piękny. Rzeczywiście jest to pałac, ale my dostajemy pokój w nowoczesnej części. Pokój jest przestronny, co się przydaje, bo — oczywiście — coś się popsuło w moim rowerze i muszę go naprawić. Ech, te moje pomysły, żeby konwertować rower, zamiast kupić jeden, a porządny. Rozkładam moje narzędzia i główkuję, jak tu przykręcić ten bagażnik, żeby się nie urwała śrubka jeszcze raz. Coś tam wymyśliłem. Zobaczymy, jak to się sprawdzi następnego dnia.

























