Chiny na rowerze. Dzień 0 — zanim wsiądziemy na rowery
Jeszcze nie przejechaliśmy ani kilometra na rowerze, a przygoda już się zaczęła.
Dzień 0 to dojazd. A właściwie dolot.
Pierwszy etap: Warszawa – Doha.
Lecimy ogromnym Airbusem Qatar Airways. W jednym rzędzie siedzi dziewięć osób. Dziewięć! Patrzę na tę wielką maszynę i po raz kolejny zastanawiam się, jak niezwykłym wynalazkiem jest samolot. Kilkaset osób, bagaże, paliwo, jedzenie, toalety, ekrany z filmami i cały ten majdan wznosi się na jedenaście kilometrów nad ziemię i zasuwa przez pół świata.
Niezwykłe.
Qatar Airways robi przy tym naprawdę dobre pierwsze wrażenie. Obsługa jest przemiła i dba o nas niemal jak o własne dzieci. Jedzenie, picie, wszystko pod ręką. Lot przebiega spokojnie.
Nerwowo robi się dopiero pod koniec.
Nie dlatego, że coś dzieje się z samolotem. Powód jest znacznie bardziej przyziemny.
Mamy tylko dwie godziny na przesiadkę w Doha.
Czy zdążymy? Czy nie utkniemy gdzieś podczas kontroli? Czy znajdziemy właściwą bramkę na tym przepastnym lotnisku? A co, jeśli trzeba będzie przejechać na drugi koniec terminala?
W głowie kłębią się pytania.
Na szczęście mamy Kamila.
Kamil, nasz przewodnik, świetnie nami zarządza. Chodzimy za nim jak wierne psy na smyczy. Nikt nie ma najmniejszej ochoty sprawdzać, co się stanie, jeśli zgubi się na jednym z największych lotnisk świata.
Pierwsze zderzenie
Po wyjściu z samolotu dostajemy pierwszy sygnał, że Warszawa została daleko za nami.
Gorąco.
Mimo że jest już noc, uderza w nas fala ciepłego powietrza. Temperatura dochodzi do trzydziestu stopni. Tymczasem z Warszawy wyjechaliśmy w kurtkach i polarach.
No dobrze.
Jesteśmy gdzie indziej.
Drugie zderzenie jest kulturowe.
Katar to kraj arabski i widać to na każdym kroku. Na lotnisku znajdują się specjalne pomieszczenia do modlitwy. Są osobne pokoje ciszy dla mężczyzn. Inny świat. Inny światopogląd. Inny system operacyjny całego społeczeństwa.
A jednocześnie lotnisko w Doha reklamuje się jako brama na świat.
I trudno się z tym nie zgodzić.
Są tutaj ludzie chyba z każdego zakątka Ziemi. Każdy kolor skóry. Najróżniejsze stroje. Języki. Twarze.
Chociaż jednej rzeczy wszyscy mamy ze sobą wspólnej.
Nie wyglądamy najlepiej.
Wszyscy są zmęczeni.
Każdy skądś przyleciał. Każdy dokądś leci. Każdy ma za sobą kilka albo kilkanaście godzin podróży i marzy głównie o tym, żeby na chwilę usiąść.
I właśnie w środku tego wielkiego, nowoczesnego lotniska najbardziej przyciąga mnie coś zupełnie innego.
Ogród.
Tak go nazwali. Po prostu.
W środku olbrzymiej hali wyrasta bujny park. Drzewa, palmy, krzewy, alejki, miejsca do odpoczynku. Zieleń otoczona szkłem, stalą, ruchomymi schodami i elektroniką.
Wydało mi się to ciekawe.
Można zbudować ogromne terminale. Powiesić tysiące ekranów. Postawić najdroższe sklepy świata. A jednak ludzie ciągną do drzew.
Może wcale nie jesteśmy aż tak nowocześni, jak nam się wydaje.
Jeszcze większy
Kolejny etap: Doha – Kanton.
Tym razem samolot jest jeszcze większy.
W jednym rzędzie siedzi dziesięć osób!
Dziesięć.
Do środka wsiada chyba połowa populacji niewielkiego miasta.
Na szczęście fotele okazują się całkiem wygodne. Siedzę blisko alejki, więc mogę trochę wyciągnąć nogi i złapać kilka chwil snu. Nadrabiam też parę odcinków Silo, które przezornie ściągnąłem wcześniej na tablet.
W sumie niepotrzebnie.
System rozrywki Qatar Airways ma tyle filmów i seriali, że spokojnie wystarczyłby na lot do Chin, powrót i jeszcze kilka okrążeń Ziemi.
Nie rozmawiamy wiele. Jest głośno. Bardzo głośno. Silniki i cała ta gigantyczna maszyna skutecznie utrudniają rozmowę. Udaje nam się jednak zamienić kilka słów.
Pierwsze wrażenie?
Chyba trafiła nam się naprawdę fajna ekipa.
To dobrze.
Przed nami sporo kilometrów do wspólnego przejechania.
Jesteśmy w Chinach
Lądujemy w Kantonie.
Jeszcze jedna mała nerwówka.
Bagaże.
Stoimy przy taśmie i czekamy. Przez głowę przemyka myśl, że przy dwóch lotach i szybkiej przesiadce w Doha nasze walizki mogły przecież wybrać własną trasę zwiedzania Azji.
Ale nie.
Są.
Wszystko dotarło.
Kontrolę paszportową również przechodzimy całkiem sprawnie.
I nagle dociera do mnie:
jestem w Chinach.
Po drugiej stronie czeka na nas Charles, nasz chiński przewodnik. Prowadzi nas do autokaru i ruszamy przez Kanton w stronę hotelu.
Droga trwa około godziny.
Siedzę przy oknie i patrzę.
Pierwsze chińskie miasto.
Pierwsze obrazy.
Pierwsze wrażenia.
Kanton jest śliczny.
Jest zielony. Jest ogromny. Jest świecący.
Najbardziej cieszy mnie właśnie zieleń. Mnóstwo palm, ogromne rododendrony, kwiaty wzdłuż ulic. Spodziewałem się gigantycznej azjatyckiej metropolii. Dostałem gigantyczną azjatycką metropolię — ale zaskakująco zieloną.
Budynki są potężne. Całe osiedla składają się z bloków, które mają pewnie po dwadzieścia pięter albo więcej.
Nasz hotel ma trzydzieści dziewięć.
Nie mamy jednak wiele czasu na podziwianie pokoju.
Kamil daje nam godzinę na odświeżenie się.
Potem — kolacja.
Pierwsza chińska kolacja
Charles prowadzi nas do ogromnego centrum handlowego. Sam mówi, że miejsce trochę podupada. Chińczycy coraz więcej kupują online i tradycyjne centra handlowe zaczynają to odczuwać.
Kilka restauracji jednak zostało.
W jednej z nich dostajemy osobny pokój tylko dla naszej grupy.
Siedzimy przy dwóch dużych, okrągłych stołach. Pośrodku każdego znajduje się wielka obrotowa taca.
I zaczyna się.
Kelnerka przynosi kolejne potrawy. Stawia je na środku, a my obracamy tacę i każdy może sięgnąć po to, na co ma ochotę.
Genialnie proste rozwiązanie.
Charles i Talon opowiadają nam o kantońskich tradycjach i jedzeniu. To chyba idealny temat na pierwszą rozmowę. Bezpieczny, ale jednocześnie pozwalający zajrzeć trochę głębiej w miejsce, do którego właśnie przyjechaliśmy.
Siedzimy, próbujemy, pytamy, śmiejemy się.
Jest dobrze.
Po kolacji mieliśmy jeszcze popłynąć łodzią, ale nadciąga burza. Trochę nas odstrasza, więc rezygnujemy.
Zamiast tego idziemy na spacer wzdłuż rzeki.
Też dobrze.
A przy okazji oszczędzamy trzydzieści dolarów.
Oczywiście nie pozwalamy tym pieniądzom długo leżeć bezczynnie.
Na koniec dnia jedziemy na trzydzieste dziewiąte piętro naszego hotelu i zamawiamy piwo.
Siadamy.
Patrzę przez okno.
Pode mną świeci ogromny Kanton. Wieżowce, ulice, rzeka, światła ciągnące się gdzieś daleko poza to, co jestem w stanie objąć wzrokiem.
Landmark Hotel.
Nazwa zobowiązuje.
Widok rzeczywiście powala.
Jeszcze wczoraj byłem w Warszawie. Kurtka. Polar. Pakowanie. Sprawdzanie, czy na pewno wszystko zabrałem.
Potem Doha. Trzydzieści stopni w środku nocy. Tłum ludzi z całego świata. Ogród pośrodku lotniska. Kolejny ogromny samolot. Kilka chwil snu.
A teraz siedzę na trzydziestym dziewiątym piętrze hotelu i patrzę na nocny Kanton.
Jeszcze nawet nie wsiedliśmy na rowery.
A ja już mam poczucie, że podróż naprawdę się zaczęła.
Jestem w Chinach.
















































































